środa, 28 września 2016

RECENZJA #8 - Siedmiu Wspaniałych

Zacznę omawiać najnowszy hollywoodzki western od kategorii Oscarów, bo czemu nie. Moim skromnym zdaniem, moim czasem dobrym przeczuciem, moją znajomością kina, wnioskuję, że Siedmiu Wspaniałych skończy bardzo podobnie jak zeszłoroczny Mad Max. A może troszkę lepiej. Przypominając - Mad Max zdominował tegoroczne Oscary, zbierając aż 6 statuetek, w większości w "technicznych" kategoriach, jednak te najważniejsze okazały się być tuż poza zasięgiem ręki George'a Millera. A co z Siedmioma Wspaniałymi? Siedmiu Wspaniałych skończy podobnie, zgarniając statuetki w siedmiu wspaniałych kategoriach. Najlepsza charakteryzacja, najlepsza scenografia, najlepsze kostiumy, najlepszy dźwięk, najlepszy montaż, najlepszy montaż dźwięku, najlepsze zdjęcia. Wspaniałych, ale nie najważniejszych.
A co z pozostałymi kategoriami?
Antoine Fuqua, którego znam tylko z Króla Artura, całkiem zręcznie połączył gatunek westernu, coraz rzadziej występującego w Hollywood, z kinem XXI wieku. Ale to nic złego, pan Fuqua zrobił to całkiem zręcznie. Mamy kowbojów, bohaterskie czyny w imię wyższego dobra, konie, rewolwery, dynamit, saloony, karty, piękne krajobrazy Stanów Zjednoczonych, jeszcze niezniszczonych przez demokrację kojarzoną z kapitalizmem, kojarzonym z Bogiem. Mamy też wybuchy, humor pokroju produkcji Disneya, pościgi, akcję i ujęcia godne XXI wieku, strzelanie podczas jazdy i równouprawnienie. Jednak tak jak napisałem, jest to zręcznie, gustownie i z umiarem połączone w bardzo ciekawy film. Gdzieś w internecie natknąłem się na recenzję, z której wynikało, że Siedmiu Wspaniałych to "Avengers - wersja westernowa", z czym się nie zgadzam. Ten film nie jest właśnie typowym blockbusterem, pełnym akcji i disneyowskiego humoru, jest oryginalny (na ile oryginalny może być remake remake'u), nie podążający za oklepanymi hollywoodzkimi schematami, tylko raz podczas seansu zdarzyło mi się powiedzieć "ha, on pewnie wróci w najważniejszym momencie akcji", no i wrócił, ale taka sytuacja była tylko jedna. I żeby nie było, nie rozmawiam głośno w kinie, to tylko wyszeptałem cichutko do osoby siedzącej obok mnie.
Pozostając w temacie nieprzewidywalności i odpowiednich dawek wszystkich składników, pojawia się Nic Pizzolatto, którego doświadczenie nie jest duże, jego jedyne dzieło (ale też jedyny hit), to serial True Detective, którego pierwszy sezon widziałem i mogę z przekonaniem powiedzieć, że był bardzo dobry i warty obejrzenia. Był to serial niesztampowy i mocny, ale to nie on jest tutaj celem tej recenzji, więc wróćmy do Siedmiu Wspaniałych. Nic Pizzolatto i jego debiut filmowy jest przeciwieństwem klapy pod względem scenariusza. Do tego dochodzą piękne zdjęcia i dynamiczny, ale nie powodujący zawrotów głowy montaż twórców m.in. Avatara, bardzo dobra muzyka niedawno zmarłego Jamesa Hornera i oczywiście wisienka na torcie - plejada gwiazd. Dzięki temu wszystkiemu mamy gwarantowany hit.
Aktorów znacie, albo nie znacie, ale nie ma co o nich pisać, tyle, że spisali się na medal. 
  1. Denzel Washington, którego nie trzeba przedstawiać jako Chisolm, który dowodzi Siedmioma Wspaniałymi.
  2.  Chris Pratt - Star-Lord i Andy Dwyer - w tym filmie jako Josh Farraday, najlepszy kochanek na Ziemi.
  3. Ethan Hawke, ojciec z ciekawego projektu "Boyhood", tutaj jako Goodnight Robicheaux, snajper-legenda, ale czy tylko legenda?
  4. Vincent D'Onofrio - niesamowicie groźny przeciwnik Daredevila, tutaj jako potulny Jack Horne.
  5.  Byung-hun Lee porzucił katany Storm Shadowa i jako Billy Rocks walczy nożami.
  6.  Manuel Garcia-Rulfo - tego pana nie znam, ale jako Vasquez nie odstępuje swoim pozostałym sześciu wspaniałym kompanom
  7. Martin Sensmeier, młody indianin jako Red Harvest - młody indianin.


Szczerze polecam film fanom westernów i fankom Chrisa Pratta, ale też wszystkim kinomaniakom.