A co z pozostałymi kategoriami?
Antoine Fuqua, którego znam tylko z Króla Artura, całkiem zręcznie połączył gatunek westernu, coraz rzadziej występującego w Hollywood, z kinem XXI wieku. Ale to nic złego, pan Fuqua zrobił to całkiem zręcznie. Mamy kowbojów, bohaterskie czyny w imię wyższego dobra, konie, rewolwery, dynamit, saloony, karty, piękne krajobrazy Stanów Zjednoczonych, jeszcze niezniszczonych przez demokrację kojarzoną z kapitalizmem, kojarzonym z Bogiem. Mamy też wybuchy, humor pokroju produkcji Disneya, pościgi, akcję i ujęcia godne XXI wieku, strzelanie podczas jazdy i równouprawnienie. Jednak tak jak napisałem, jest to zręcznie, gustownie i z umiarem połączone w bardzo ciekawy film. Gdzieś w internecie natknąłem się na recenzję, z której wynikało, że Siedmiu Wspaniałych to "Avengers - wersja westernowa", z czym się nie zgadzam. Ten film nie jest właśnie typowym blockbusterem, pełnym akcji i disneyowskiego humoru, jest oryginalny (na ile oryginalny może być remake remake'u), nie podążający za oklepanymi hollywoodzkimi schematami, tylko raz podczas seansu zdarzyło mi się powiedzieć "ha, on pewnie wróci w najważniejszym momencie akcji", no i wrócił, ale taka sytuacja była tylko jedna. I żeby nie było, nie rozmawiam głośno w kinie, to tylko wyszeptałem cichutko do osoby siedzącej obok mnie.
Pozostając w temacie nieprzewidywalności i odpowiednich dawek wszystkich składników, pojawia się Nic Pizzolatto, którego doświadczenie nie jest duże, jego jedyne dzieło (ale też jedyny hit), to serial True Detective, którego pierwszy sezon widziałem i mogę z przekonaniem powiedzieć, że był bardzo dobry i warty obejrzenia. Był to serial niesztampowy i mocny, ale to nie on jest tutaj celem tej recenzji, więc wróćmy do Siedmiu Wspaniałych. Nic Pizzolatto i jego debiut filmowy jest przeciwieństwem klapy pod względem scenariusza. Do tego dochodzą piękne zdjęcia i dynamiczny, ale nie powodujący zawrotów głowy montaż twórców m.in. Avatara, bardzo dobra muzyka niedawno zmarłego Jamesa Hornera i oczywiście wisienka na torcie - plejada gwiazd. Dzięki temu wszystkiemu mamy gwarantowany hit.
Aktorów znacie, albo nie znacie, ale nie ma co o nich pisać, tyle, że spisali się na medal.
- Denzel Washington, którego nie trzeba przedstawiać jako Chisolm, który dowodzi Siedmioma Wspaniałymi.
- Chris Pratt - Star-Lord i Andy Dwyer - w tym filmie jako Josh Farraday, najlepszy kochanek na Ziemi.
- Ethan Hawke, ojciec z ciekawego projektu "Boyhood", tutaj jako Goodnight Robicheaux, snajper-legenda, ale czy tylko legenda?
- Vincent D'Onofrio - niesamowicie groźny przeciwnik Daredevila, tutaj jako potulny Jack Horne.
- Byung-hun Lee porzucił katany Storm Shadowa i jako Billy Rocks walczy nożami.
- Manuel Garcia-Rulfo - tego pana nie znam, ale jako Vasquez nie odstępuje swoim pozostałym sześciu wspaniałym kompanom
- Martin Sensmeier, młody indianin jako Red Harvest - młody indianin.
Szczerze polecam film fanom westernów i fankom Chrisa Pratta, ale też wszystkim kinomaniakom.





