czwartek, 21 lipca 2016

Relacja z DFów 2016

Dni Fantstyki 2016.

XII Edycja. Dla mnie bodajże piąta, albo szósta. Nie będę zdradzał jak blisko, ale mieszkam całkiem blisko Zameczku, więc od kiedy jestem w odpowiednim wieku, to zawsze zachaczałem od DFy. I po tylu razach, moja opinia się nie zmieniła.
Za każdym razem jest tak samo, ale inaczej. Wszystko wydaje się znajome, ale jednak pojawiają się nowe rzeczy. Dla mnie wszystko wydaje się takie oczywiste, więc średnio wiem co napisać. A jak nie wiesz co powiedzieć, to zagadaj o pogodzie, podstawowa zasada.
No to w tym roku pogoda w piątkowy wieczór nie dopisała, rozpadało się całkiem mocno, co rozwaliło plan występów na dworze. Ale we wnętrzu zamku dalej się działo. A w sobotę i niedzielę było już ładnie.
Jak co roku były planszówki, były konsole do grania, były prelekcje i konkursy i warsztaty, były wystawy. I tym razem mogliśmy obejrzeć bardzo ciekawe prace Jakuba Różalskiego „1920”. Czyli sielankowa, polska wieś połączona z preindustrialnymi mechami (jak się nie znam na tym, to mnie poprawcie). Odwiedziłem kilka ciekawych prelekcji, kilka więcej konkusrów, disneyowych, batmanowych, a nawet serialowych. I nawet udało mi się wygrać małe co nieco, ale jednak więcej to zaliczyłem porażek. Co jeszcze robiłem?
Można by już rzec, że tradycyjnie - siadłem w parku z pizzą i oglądałem rozgrywki juggera. Zwiedziłem strefę wystawców. Pomarzyłem ile to bym rzeczy sobie kupił, gdybym był bogaty. Podziwiałem cosplayerów przechadzających się po parku leśnickim. Krótko mówiąc – świetnie się bawiłem. Żeby zapełnić miejsce, to dopiszę trochę przymiotników. Dni Fantastyki były fantastyczne, przewidywalnie nieprzewidywalne, ciekawe, interesujące, wciągające, geekowo przytłaczające, zaskakujące i porywające. A nawet niesamowite i atrakcyjnie zapraszające.
Najważniejszy punkt programu – konkurs cosplay i gala Dni Fantastyki. Nie mówię, że sam konkurs i prowadzący buli mniej ciekawi niż w zeszłym roku, jednak wydaje mi się, że stroje i prezentacje były. A gala mnie niestety ominęła, bo jakimś trafem wylądowałem na ognisku u Pszemka. I jeśli was to interesuje, tam też było fajnie.
Muszę dodać tylko, że moim skromnym zdaniem było za mało Gwiezdnych Wojen.

Kończąc - jak co roku podsumowuję, że warto było przyjść. Jak co roku, zaczynam odliczanie do kolejnej edycji. Nie dlatego, że taka jest powinność, tylko dlatego, że chcę.

RECENZJA #7 - Batman: Bad Blood

Zacznę od przypomnienia newsa sprzed około tygodnia:
"Podczas gdy Marvel rządzi w kinach ze swoim filmowym uniwersum, to na froncie animowanych filmów o superbohaterach wygrywa DC Comics. Już od 2009 roku regularnie wydają po trzy filmy w każdym roku, ostatnio łącząc je w jedno uniwersum, tak jak w przypadku fabularnych filmów Marvela. W tym roku pojawił się już "Batman: Bad Blood", którego recenzję przeczytacie u nas już w przyszłym tygodniu. Na przełomie marca i kwietnia pojawi się "Justice League vs. Teen Titans", którego trailer można już obejrzeć. A trzecim zapowiedzianym filmem jest adaptacja słynnego komiksu, uważanego przez wiele osób za jeden z najlepszych - "Batman: Zabójczy Żart"."
A następnie trochę go rozwinę. W skład tego nowego, wspólnego uniwersum wchodzą następujące filmy:
  • "Justice League: War", który jest adaptacją pierwszego "story arcu" z najnowszej wersji komiksowej Ligi Sprawiedliwości, którego starą recenzję możecie przeczytać tutaj.
  • "Son of Batman" - wiedzieliście, że Batman ma syna? I że jest on wnukiem Ra's Al Ghula? Teraz już wiecie, a więcej dowiecie się po obejrzeniu tego filmu
  • "Justice League: Throne of Atlantis" - drugi, łączący całą Ligę, film w tym uniwersum, który wprowadza postać króla Atlantydy. Tak, chodzi o Aquamana.
  • "Batman vs. Robin" - swoista kontynuacja historii rozpoczętej w "Son of Batman", która podobnie jak "JL: War", jest adaptacją pierwszego "story arcu" z najnowszej wersji komiksu, jednak tego o Batmanie. Tego o Trybunale Sów.
  • "Batman: Bad Blood" - trzeci "solowy" film o Batmanie, w którym jednak Batman nie działa "solo", a z całą bat-rodziną. I to ten film postaram się wam przybliżyć.
  • "Justice League vs. Teen Titans" - zapowiedziany trzeci "wspólny" film, w którym do uniwersum zostaną wprowadzeni Młodzi Tytani.
Batman: Bad Blood. Tłumacząc to na język polski - Batman: Mroczne Czasy. Animowany film, który jak wszystkie animowane filmy produkowane przez DC Comics, tzw. "direct-to-video", od razu pojawia się na półkach sklepów, zarówno cyfrowych, jak i tych prawdziwych. Nie ma ani premiery kinowej, ani telewizyjnej. Po prostu po cichu wkrada się na półki i tam sobie siedzi. Czasem można nawet pominąć taki fakt i dopiero później zorientować się, że ten film można już obejrzeć! W tym przypadku, na szczęście, tak mi się nie przytrafiło i pamiętałem, że 19 stycznia film jest już do obejrzenia w internecie, a od 2 lutego będzie można kupić film na fizycznym nośniku.

Film został wyreżyserowany przez Jaya Olivę, który wyreżyserował trzy z sześciu wyżej wymienionych filmów oraz kilka innych animacji, zarówno dla DC Comics jak i Marvela. Co jest ciekawe, i co sam dopiero odkryłem, Jay Oliva tworzy też "storyboardy" do wielu filmów, m.in. "Man of Steel", "300: Początek imperium", "Ant-Man", "Deadpool", "Batman v Superman", "Wonder Woman" i "Thor: Ragnarok", a nawet do serialu "The Flash". Czym są "storyboardy"? Bardzo ogólnikowo można by powiedzieć, że komiksami, które ułatwiają współpracę pomiędzy reżyserem a operatorem kamery.

Film napisał J.M. DeMatteis, który też w swoim CV ma współpracę z DC Comics i Marvelem, ale głównie przy serialach animowanych.
O aktorach głosowych trochę ciężko coś napisać, zwłaszcza, gdy nawet po spędzeniu z daną aktorką pięciu sezonów serialu i podróżowaniu z nią po galaktyce w dwóch grach, nie poznaje się jej głosu. Wiecie już o kim mówię? Mówię o Yvonne Strahovski, aktorce, której rodzice są Polakami, i która wystąpiła m.in. w "Chucku" i dwóch grach z serii "Mass Effect" oraz w filmie "Batman: Bad Blood" jako Batwoman. Oprócz niej, nie rozpoznałem też Moreny Baccarin, która tutaj użyczyła głosu Talii al Ghul, a wystąpiła też w serialu "Firefly", a już za tydzień zobaczymy ją w "Deadpoolu". Kolejnym nierozpoznanym głosem, którym przemówił Lucius Fox, jest jeden z pogromców duchów - Ernie Hudson. Oprócz nich, pojawili się też weterani podkładania głosu i kilku innych aktorów. W roli Batmana wystąpił Jason O'Mara (to jego piąty raz jako Batman). W roli Robina, po raz trzeci, pojawił się Stuart Allan, Sean Maher, trzeci raz z rzędu, był Nightwingiem. Warto też wspomnieć o Stevie Blumie i Johnie DiMaggio, tych wcześniej wymienionych "weteranach". Co to znaczy “weteran”? To znaczy, że jak wejdziecie na profil Steve'a Bluma na IMDb, to zobaczycie listę ponad sześciuset filmów, bajek, seriali i gier, w których zagrał lub użyczył głosu.
Streszczając krótko film, starając się unikać spoilerów: Bruce Wayne zaginął. Alfred kryje go po stronie Wayne Enterprises, a Nightwing i Robin patrolują za niego ulice Gotham City. A nowa postać, Batwoman, stara się rozwikłać zagadkę jego zaginięcia.

I teraz, przechodząc do najważniejszej części recenzji, moja opinia.
Udało mi się w życiu obejrzeć już kilkadziesiąt animacji o superbohaterach, część bardzo mi się podobała, a część trochę mniej. Część była bardzo poważna, część skierowana bardziej w stronę młodszych widzów. Część miała dużo Batmana, część w ogóle go nie miała. "Bad Blood" zaliczam do tych pierwszych grup. Dużo Batmana, powazniejsza tematyka i bardzo mi się podobał. Może nie był idealny, może w pewnym momencie krew na ubraniu jednej postaci po prostu zniknęła, ale takie szczegóły się nie liczą. Nie było to prawdziwe arcydzieło pod względem historii, tak jak "Batman w cieniu Czerwonego Kaptura", ale zwrotów akcji było odpowiednio dużo, a ciosy padały w każdym kierunku. Może pod względem graficznym nie był tak dobry jak "Batman: Rycerz Gotham", ale DC Comics trzyma odpowiedni poziom pod tym względem już od kilku dobrych lat.
Na IMDb film ma ocenę 6,9/10, a na filmwebie 6,1/10, jednak ja bym się tym jeszcze nie sugerował, gdyż jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie . Póki co, za mało osób obejrzało film, żeby ocena była odpowiednia. A nawet wtedy, nie radzę sugerować się takim wyznacznikiem. Przecież każdemu podoba się co innego, każdy ma inne gusta, a o gustach się przecież nie dyskutuje. Zalecam skonsultowanie się z ekspertem, bądź po prostu obejrzenie filmu i przekonanie się samemu. Ja sam świetnie się bawiłem podczas oglądania. Po pierwsze - był Batman, a Batman to Batman, nic więcej chyba nie trzeba dodawać w tym temacie. Był ten wkurzający gnojek zwany Robinem nr 4, był Nightwing, więc była równowaga pod tym względem. W tle kręciła się pewna ilość złoczyńców z "listy B", czyli nie Joker lub Ra's Al Ghul, a "Tusk". Nie, nie ten nasz...
Oprócz niego jeszcze "Firefly", którego powinniście znać z "Arkham Knighta" lub "Gotham", jakiś jeszcze jeden latający złoczyńca z nazwą łatwo uciekającą z pamięci (już pamiętam- strzeżcie się Zabójczej Ćmy!), Czarna Maska, Szalony Kapelusznik, Blockbuster, Electrocutioner, Heretyk, więc przynajmniej połowę z nich powinniście kojarzyć, dzięki grom z serii "Batman: Arkham". Takie postacie są po to, żeby biegały w tle, czasem wchodziły na pierwszy plan i obrywały od Mrocznego Rycerza albo innego członka nietoperzej rodzinki.
Była odpowiednia dawka humoru, nie aż tyle co w przeciętnej produkcji Disneya, ale był to bardzo dobry, inteligenty humor. Bo przecież nazwanie sióstr zakonnych (ang. Nuns), które biegają z katanami i posiadają umiejętności godne prawdziwego wojownika Ninja, Nunjami, to bardzo inteligenty humor.
"Batman: Bad Blood" to typowy film animowany o superbohaterach, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Z góry wiadomo, że będzie to dobra rozrywka, wiadomo, że będzie ciekawie, wiadomo, że akcja będzie obecna. Oceniając ten film w klasie animacji "rysunkowych", zasługuje na solidne 5/7 (albo jakieś 8/10, dla tych co nie są obeznani w "internetowym slangu"). Ocenianie tego filmu w klasie ogólnej, porównując do "Ojca Chrzestnego", "Dark Knighta" czy chociażby "Pulp Fiction" nie ma sensu. Albo mogę dać też 8/10, równocześnie "poniżając prawdziwe filmy", albo dać śmiesznie niskie 4/10, czym zniechęcę Was do obejrzenia go, a nie o to tutaj chodzi. Dlatego też "kategorię ogólną" pomijam i serdecznie zapraszam Was na seans.

Moja relacja z Pyrkonu

Mój pierwszy raz na Pyrkonie.

Tak, to był mój pierwszy raz. Skoro to wyznanie mam już z głowy, to mogę przejść dalej. Ale tylko dzięki temu, że mam akredytację medialną, bo inaczej musiałbym stać w jednej z naprawdę długich kolejek. Według zaufanych źródeł, niektórzy stali w nich nawet do dwóch godzin. Jednak taka sytuacja chyba jest nieuniknioną w przypadku tak wielkiej imprezy, więc nie ma co się temu dziwić. Mogło być gorzej. Przynajmniej była ładna pogoda. Jak na kwiecień to nawet bardzo ładna, było słoneczko, nie padało, więc dało się przeżyć.
Z racji bycia biednym, ale jeszcze nie studentem, skierowałem się do sleeproomu, bo motele to tylko opcja dla bogatych. I tam miał miejsce pierwszy szok. To nie był sleeproom, jaki do tej pory znałem. To była sleephala, a kusząc się o jeszcze bardziej obrazowy opis – betonowa plaża. Wchodząc środkowymi drzwiami, patrząc i w prawo, i w lewo rozciągały się prawie w nieskończoność materace, śpiwory, torby, plecaki, nyan cat, karimaty, tylko parawanów tutaj brakowało do pełnej cebuli. Szczęka zebrana z podłogi, znaleziony kawałek powierzchni dla siebie, plecak zdjęty, co dalej? Jestem przyzwyczajony do konwentów pokroju Dni Fantastyki, gdzie znam zarówno okolicę, jak i sam teren konwentu, wiem co mniej więcej się dzieje, więc nie trzeba niczego na początku ogarniać i rozkminiać. Pyrkon to co innego. Pyrkon to gigantyczny teren Międzynarodowych Targów Poznańskich, to nowe miasto, nowe sale, nowi ludzie, nowe wszystko. Więc po zebraniu drużyny można wyruszyć w podróż i zwiedzać sklepy, stoiska, ogólnie całyfestiwal.
Po drodze do pawilonu 3 minęliśmy strefę gastronomiczną, gdzie przez cały czas ludzie siedzieli i jedli. Nie było żadnych pór obiadowych i śniadaniowych, cały czas, cały dzień, pełno ludzi siedziało i jadło sobie pizzę, burgery, frytki i inne dobre rzeczy.

Pawilon 3, czyli strefa zakupowa. To był kolejny szok. Takie typowe targowisko, ale zamiast cebuli i ziemniaków – na stoiskach było wszystko, czego dusza geeka może zapragnąć: gry, koszulki, poduszki, gadżety, figurki, czapki, kołczany prawilności z “Gwiezdnych Wojen”, inne części garderoby, kubki, słodycze prosto z Japonii, książki, komiksy, magazyny, urocze Funko Popy, aż trudno to wszystko wymienić. Nawet można było wygrać miecz Gandalfa. I wszędzie pełno loterii, więc musiałem kontrolować moją chęć wciągnięcia się w hazard i "stracenia" całego kieszonkowego na przypinki z roznegliżowanymi bohaterkami wszelakich anime. Udało mi się stracić tylko 10 zł i wygrać dwa takie fanty. Przy każdym stoisku działo się coś ciekawego. Był chociażby Deadpool beztrosko przymierzający bluzę Deadpoola jak gdyby nigdy nic. Taki trochę surrealistyczny obrazek.

Pawilon 3A – strefa wystawców i Strefa Fantastycznych Inicjatyw.
Tutaj była arena, gdzie odbywały się m.in. turnieje w juggera i quidditcha, jak i inne ciekawe pokazy. Tuż obok były porozstawiane wioski ze śródziemia, postapokaliptycznej przyszłości, a nawet igloo z super bohaterami w środku. A gdzieś w tym gąszczu stało też nasze stoisko i dziękujemy wszystkim za przyjście i wzięcie udziału w konkursie.
Było też bardzo dużo planszówek, jednak w całym tym zamieszaniu nawet nie znalazłem chwili, żeby usiąść i pograć. A zapewne było w co. Podobnie sytuacja wyglądała z czytelnią komików, bo wiedziałem, że jak tam wejdę, to już nie wyjdę, a było jeszcze dużo innych rzeczy do odkrycia.
Udało mi się wejść tylko na jedną prelekcję o psychologii “Gwiezdnych Wojen”. Była bardzo ciekawie poprowadzona i na interesujący mnie temat. I za to, jak młodzież mówi, "propsy".
Udało mi się też dostać na galę Pyrkonu, zaczynającą się od niesamowitego pokazu laserów, który można by nazwać 3D lepszym od 3D. Niestety był trochę zmarnowanym potencjałem. Ci co byli, to wiedzą jak to wyglądało i może też wpadli na taki pomysł, że tymi laserami można by zrobić intro z “Doktora Who”. To by było po prostu idealne, ale niestety nie było.
Ale najciekawszym elementem całego konwentu był oczywiście cosplay, o którym można by napisać osobny artykuł. Kitowcy, różowy Kylo Ren, pełno zwykłych Kylo Renów, Jedi, Szturmowcy, Power Ranger, Kosmiczni Marines z Warhammera, Deadpoole, Spiderman i wiele innych, rozpoznanych przeze mnie, bądź nie. Taka zasada powstała, że jak nie wiesz z czego jest dana postać, to pewnie z LOLa.
Doszły do mnie takie pogłoski, że było za mało polskich "zagrajmerów", ale w tym temacie się nie wypowiem, bo z polskiego Youtube'a znam tylko tych najpopularniejszych.
Pełno wystaw zdobiło Pyrkon: od zdjęć, przez obrazy i figurki, do pijanych kosmitów i strojów. Muszę też przy okazji wspomnieć, że wśród wszystkich wystawców, cosplayerów, rzeczy na półkach stoisk, jak zawsze przeważały “Gwiezdne Wojny”, o jest kolejnym już, z bardzo, bardzo wielu, potwierdzeniem jakim wielkim fenomenem jest ta seria.
Spodobała mi się też wystawa LEGO, jednak daleko jej było do wielkiej wystawy LEGO, krążącej po Polsce, którą widziałem na Stadionie Wrocław.

Podsumowując cały weekend, było naprawdę udanie i odjazdowo, też dzięki temu, że miałem doborowe towarzystwo. Na pewno zawitam do Poznania za rok. A co mogę napisać o organizacji? Dobra czy kiepska? Raczej zdecydowanie wybieram odpowiedź pozytywną, Pyrkon to w 100% masowa impreza, i w 100% fajna.

Zakończę taką platynową myślą:
Nie zawsze wychodzę z domu, ale gdy to już zrobię, to spotykam polskich celebrytów. Znaczy się, mijam SA Wardęgę i po chwili dopiero się orientuję co się stało i przechodzę przez coś, co Amerykanie zwą "starstruck" albo fangirlowaniem. Podobnie, gdy z daleka zauważyłem Dema3000, rozdającego autografy. Po co podchodzić? Samo popatrzenie z daleka mi wystarczy.


Usłyszałem też zdanie "opuszczasz Pyrkon, ale Pyrkon nie opuszcza ciebie". Tylko czy to jest dobre czy złe?

RECENZJA #6 - BvS

Czyżby moda na hejtowanie, krytycyzm i ogólne negatywne nastawienie do wszystkiego zaczęła przemijać? Czyżby krytycy filmowi mieli odejść w zapomnienie? Raczej nie.
Ale być może zwykły, żeby nie obrażać Was „przeciętnością”, widz, w końcu zacznie myśleć sam za siebie? Czy doszliśmy do momentu, w którym oceny tych ludzi, którzy „znają” się na filmach, nie będzie miała wpływu na ocenę Kowalskich i McCluskich, ani na sukces kasowy danego filmu?
Przytoczę najpierw poprzedni kontrowersyjny film o superbohaterach – Fant4stic. Wtedy zaczęło się od tego, że niektórym "krytykom" film się nie spodobał, co spowodowało lawinę słabych ocen i ludzie, którym chociaż trochę się podobało i tak słabo oceniali film w obawie przed wyrażeniem odmiennej opinii. To było niecałe osiem miesięcy temu.
W tej chwili w podobną burzę hejtu wpadł pierwszy w historii kinowy pojedynek dwóch największych superherosów DC Comics: Batman i Superman, Batman v Superman. Od samego początku było głośno, było ciekawie i obiecująco. Wszyscy oczekiwali filmu, który rozłoży na łopatki średnio przyjętego Człowieka ze Stali. Oczekiwaliśmy filmu, który czerpie inspiracje prosto z kart komiksu, należącego do kanonu najlepszych historii. Ten film miał być dla DC Comics tym, czym Avengersi byli dla Marvela. W pierwszej fazie Kinowego Uniwersum Marvela było sześć filmów, ale to sami Avengersi załatwili trzecią część zaróbków i pozwolili całemu uniwersum na wystartowanie.
Tak samo miało być w przypadku BvS”, które miało być szansą dla DC na wystartowanie z kopa własnego Rozszerzonego Uniwersum i w końcu wymarzona przez wszystkich Liga Sprawiedliwości w kinach. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tak będzie. W przeświadczeniu, że czekamy, z wielką niecierpliwością, na epicki pojedynek, dotarła do nas wiadomość, zaledwie tydzień przed amerykańską premierą filmu, że ta produkcja podobno jest słaba. Krytycy z całego świata zaczęli oceniać film tak nicko, że zaledwie 30% z nich uznało film za dobry. I cały świat wpadł w panikę. Co teraz? Nie zostawiło nic innego tylko poczekać na premierę, a po obejrzeniu obrać jedną z dwóch ścieżek. Pierwsza prowadzi do tyłu i jest to ścieżka Fantastycznej Czwórki. Druga oznacza odcięcie się od opinii innych i wyrobienie własnej.

Ale nie ma co narzekać na narzekanie, trzeba coś dobrego o filmie napisać. I możliwie bezspoilerowo.
Muszę przyznać, że kilka razy aż mi szczęka opadła, gdy zobaczyłem co się dzieje na ekranie. Kilka razy byłem mocno zaskoczony rozwijającą się fabułą, kilka razy rozśmieszył mnie albo jakiś tekst Alfreda, albo inna sytuacja. Kilka razy byłem pełen podziwu. A samym zakończeniem naprawdę się wzruszyłem.
Ludzie skarżą się na banalność tytułowego konfliktu, ale trzeba pamiętać, że w tym przypadku Zack Snyder nie miał do dyspozycji całej przeszłości tych postaci, by stworzyć poważny i uzasadniony pojedynek pokroju tego z „Powrotu Mrocznego Ryczerza”. Reżyser musiał w dwie i pół godziny wprowadzić nową, ale starą postać do uniwersum, poznać ją z istniejącym już od 2013 człowiekiem ze stali, postawić ich naprzeciw siebie, a potem jeszcze pojednać, szykując fundamenty Ligi Sprawiedliwości. I dorzucić do tego miksu Wonder Woman. I jakąś fabułę. Moim zdaniem, na tyle na ile się da, zrobił to dobrze i umiejętnie.

Ciężko coś napisać, nie spoilerując przy okazji czegoś ważnego, więc podejdę do tego od strony technicznej. Wszystko zaczęło się chyba od castingu:
Ben Affleck to nowy Batman! Od razu wskoczył na drążek i zaczął się podciągać, tak szybko, że reżyser filmu, do którego wtedy kończył zdjęcia go skarcił, bo za bardzo się rozrósł w barkach. W filmie zobaczyliśmy Bruce'a Wayne'a pod trochę innym kątem niż wcześniej, chociaż można zauważyć kilka wspólnych cech z początkiem nolanowskiego „Mrocznego Rycerza Powstającego”. Jak to się w ogóle odmienia?
Bruce Wayne w średnim wieku, doświadczony i siwy jak w „Powrocie Mrocznego Rycerza”.
Drugi najważniejszy bohater – Człowiek Ze Stali. Najbardziej amerykański bohater grany przez Brytyjczyka. Tutaj chcę tylko napisać, że nie wchodzi się w ubraniach do wanny, głupi kosmito!
Przy okazji, ludzie śmieją się z nierealistyczności kreskówek, jeśli chodzi o posturę Supermana, który wygląda jak trójkąt z dorysowanymi nogami i rękami, ale „Batman v Superman” rozwiewa te opinie, bo Henry Cavill, w jedynej scenie bez koszulki, gdzie widać jego plecy, ma taki sam kształt.
Jeremy Irons – zdobywca Oscara(TM) – bardzo dobrze spisał się jako śmieszkujący momentami Alfred, rozumiejący Bruce'a i wspierający go w jego samobójczych misjach, jednocześnie troszczący się o niego.

Jesse Eisenberg – najbardziej kontrowersyjna postać, połowa go kocha, połowa nienawidzi. Szalony, jeszcze nie łysy, Lex Luthor, diabolicznie śmiejący się podczas knucia niecnych planów. Niektórzy, błędnie, widzą tu podobieństwa do Jokera.

Kostiumy też niczego sobie, zbroja Batmana naprawdę robiła wrażenie, bez dwóch zdań. Wyglądała o wiele lepiej, realniej i praktyczniej od zbroi chociażby Iron Mana, która z każdym kolejnym filmem wygląda na robioną coraz bardziej komputerowo i leniwie.

W nowych blockbusterach nie ma co mówić o efektach specjalnych, Hollywood opanowało je już całkiem dobrze. Można tylko narzekać, a tutaj nie ma na co, nie ma żadnych kiczowatych fragmentów, w których ewidentnie widać słabe efekty.

Hans Zimmer nie chciał się powtarzać, komponując muzykę dla Batmana, więc wziął sobie do pomocy Junkiego XL, czyli Holendra, który ostatnimi czasy pracował nad ścieżką dźwiękową do m.in. Deadpoola i Mad Maxa. Ich współpraca przyniosła niesamowity efekt.

Jedną z najlepszych scen z całego filmu była scena w sądzie. Trudno teraz sobie przypomnieć ile to trwało, bo to mogły być dwie minuty, ale równie dobrze mogły być trzy sekundy. Dla mnie trwala bardzo długo. Cisza. Ani Senator Finch, ani Superman nic nie mówią. Strach, przerażenie, po zobaczeniu słoiczka z brzoskwiniową herbatką, a potem wyraz twarzy Kal-Ela, gdy zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nawet wie co, tylko, niestety, jest na to za późno. Ta rozpacz i smutek. To była naprawdę dobra scena.


Średnia ocen “BvS” moich znajomych na Filmwebie wynosi 6,2 – to oznacza tylko jedno. Pora na nowych znajomych, bo ten film zasługuje na trochę więcej...

Film na podstawie muzyki?

Każdy z nas wie, że filmy powstają na podstawie oryginalnych scenariuszy, ale często są też adaptacjami książek, komiksów, gier, czasem też są to rebooty albo remake'i. A co z muzyką? Czy można zrobić film na podstawie muzyki? Co ważniejsze, czy można zrobić film na podstawie muzyki, który będzie dobry?

Oczywiście, że tak. Ale można też zrobić słaby. Chciałbym dla Was porównać dwa filmy - "Ścianę" Pink Floydów i "Through the Never" Metalliki. Gusta gustami, ale bez dwóch zdań, muzyka obu zespołów jest niesamowita, a niektóre utwory uważane są za klasyki muzyki rockowej. Jednak pojawia się pytanie- czy na ich podstawie można stworzyć dobry film?

Najpierw miałem okazję obejrzeć film "Metallica: Through the Never" z końca 2013 roku. Z zapowiedzi i informacji usłyszanych, bądź przeczytanych w Internecie oraz faktu, że zagrał w nim Dane DeHaan ("Kronika", "Niesamowity Spider-Man 2”) spodziewałem się ciekawego filmu z muzyką Metaliiki w tle. Niestety trochę się zawiodłem, ponieważ, tak naprawdę, ciężko było nazwać to filmem. To był nagrany koncert z wklejonymi kilkoma scenami, w których Trip musi zdobyć tajemniczą walizkę, bardzo potrzebną zespołowi. Po drodze, oczywiście, cały misterny plan szlag trafił. Najpierw zaczęły się zamieszki, a potem, szczerze mówiąc nie pamiętam dlaczego, zaczął mieć halucynacje, miasto przejęły jakieś zjawy, a na lampach ulicznych byli powieszeni ludzie. Tak trochę surrealistycznie, ale jednak niezbyt dobrze. Tak czy siak, obejrzałem fajny koncert Metalliki, więc nie będę aż tak bardzo narzekał, ale jako film nie za bardzo się to sprawdziło. Na końcu nawet nie dowiadujemy się, co było w tej feralnej torbie, niczym tajemnica walizki w “Pulp Fiction”, jednak tutaj nie ma to zbyt wielkiego sensu. Niektórzy twierdzą, że w torbie były nuty zmarłego basisty zespołu, bądź nawet jego duch, jednak po obejrzeniu tego koncertu jakoś, aż tak bardzo mnie to nie interesuje. Przynajmniej nie tak, jak to jest w przypadku “Pulp Fiction”.



Alan Parker razem z Rogerem Watersem wzięli się za to w inny sposób. Postanowili stworzyć wciągającą historię, opowieść o całym życiu muzyka Pinkiego, opowiedzianą praktycznie bez słów. Ten film jest "metafizyczną podróżą", jest idealnym odwzorowaniem tego, czym jest muzyka. Wprowadza w ten sam letargiczny stan, co sama muzyka, więc przestajemy zwracać uwagę na wszystko inne, nawet na same dialogi w filmie, które i tak są zagłuszane piosenkami i kompletnie nieistotne. Film pokazuje problemy młodego muzyka, jego relacje z matką, byłą żoną, nieżyjącym ojcem, społeczeństwem, nauczycielami, szkołą, przypadkowo poznaną dziewczyną, własnym managerem i stosunek do swojego życia. Wszystko to jest pokazane w sposób nielinearny, jednak mający sens i odsłaniający kolejne cechy charakteru bohatera. Cały czas w rytm psychodelicznej muzyki Pink Floydów. Z czasem zaczynają się jeszcze pojawiać animowane koszmary, prezentujące narkotykowy haj muzyka, ilustrujące jego obawy i nocne koszmary. Animacje, które ja nazwę "typowo brytyjskimi", ponieważ bardzo przypominają stylem animacje z filmów Monty Pythona.
Przy tym filmie nie muszę się wcale głowić nad oceną, od razu daję 10/10, ponieważ jego oglądanie to prawdziwe przeżycie, a nie można mu też niczego zarzucić pod względem technicznym, więc czemu ocena miałaby być niższa?



Przy okazji chciałbym dodać, że zauważyłem podobieństwo pomiędzy końcowym wyglądem Pinkiego a Jokerem z nadchodzącego "Suicide Squad". Wyglądają bardzo podobnie, są bladzi, z taką samą fryzurą i zgolonymi brwiami, obaj pokazują się w podobnych płaszczach, chodzą z obstawą, ale na wyglądzie podobieństwo się nie kończy. Sceny z filmu trochę przypominają to, co dotychczas widzieliśmy w zapowiedziach. Pinky rozciął sobie prawą rękę, a następnie pływa w basenie, w którym krew z tej ręki się rozpływa. Joker nosi rękawiczkę tylko na jednej ręce. Tak, właśnie na prawej. I też jest w basenie, razem z blondynką, z którą jest w burzliwym związku, momentami wypełnionym szczerą miłością, a czasem panicznym strachem o własne życie, tak samo jak w przypadku Pinkiego i jego fanki. I w owym basenie rozpływają się farby z ubrań, bardzo przypominając rozpływającą się krew w wodzie. W jednej scenie Pinki siedział zawinięty w kaftan, w szpitalu psychiatrycznym, a główną cechą Jokera jest jego niepoczytalność. I na dodatek obie postacie lubią układać różne rzeczy na podłodze w dziwne, symetryczne wzory. Mam wrażenie, że Jared Leto, sam będąc muzykiem, na pewno inspirował się tym filmem.


sobota, 16 lipca 2016

Filmy o superbohaterach, o których mogliście nie słyszeć

Cały świat szaleje na punkcie filmów o superbohaterach, czy to dobrze czy to źle, to nie temat tego artykułu. Tematem tego artykułu jest to, czy poza dwoma głównymi “stajniami”, Marvelem i DC Comics, i kilkoma mniejszymi drukarniami, Image [wstawić resztę], da się zrobić film o superbohaterze, a do tego jeszcze dobry? Przytoczę kilka przykładów mniej znanych filmów w tej tematyce, o których może słyszeliście, może nie.

“SUPER”

Nie rozumiem, akim cudem ten film jest tak mało znany.
Reżyseria i scenariusz: James Gunn.
Występują: Ellen Page, Rainn Wilson, Liv Tyler, Michael Rooker, Kevin Bacon, Nathan Fillion, a nawet Rob Zombie.
Ocena na Filmwebie: 6,1
Ocena na IMDb: 6,8
Biorąc pod uwagę to wszystko, rozumiecie już moje zdziwienie i niedowierzanie?
I tu nawet nie chodzi o to, że “Super” jest po prostu średni albo nawet słaby. Jest całkiem dobry. Dobrze nakręcony, dobrze napisany, intrygujący i z nagłymi zwrotami akcji. Jeżeli widzieliście, to chyba podzielacie moje zdanie. Jeśli nie, to musicie ten film obejrzeć.

“ALL SUPERHEROES MUST DIE”
Niektórzy nazywają ten film po prostu “Vs”. W tym wypadku jest jeszcze gorzej. Film na Filmwebie ma ocenę tylko 3, a na IMDb- 4. Tutaj też pojawiło się kilka znanych twarzy, konkretniej Havok z X-Menów i ojciec Dextera. Sam film ma ciekawą fabułę, podchodzi do tematu superbohaterów z trochę innej strony, tej mroczniejszej. Ale nie jak Batman, tylko mroczniej, krwiściej i brutalniej.

“KRUK”

“Kruk” trochę się różni od dwóch poprzednich filmów, ponieważ jest dobrze przyjęty przez publikę. Ale być może trochę zapomnianym po 22 latach. I nie jest też produkcją stricte o superbohaterze, a o zmartwychwstałym duchu pragnącym zemsty. Mimo wszystko warto go obejrzeć.

“NICK FURY”


Rok 1996, David Hasselhoff jako dyrektor S.H.I.E.L.D. Tego filmu raczej Wam nie polecam, po prostu powinniście wiedzieć, że takie coś powstało. David Hasselhoff, a Samuel L. Jackson - już po samym castingu widać różnicę. W tej chwili Marvel jest królem box office, a filmy tego studia automatycznie są uznawane za co najmniej “dobre”. Jednak nie zawsze tak było. Kiedyś Marvel robił naprawdę kiepskie filmy. I tak właśnie jest w przypadku “Nicka Fury’ego”.

“PUSH”

Chris Evans skończył grać Ludzką Pochodnię, nie zaczął jeszcze grać Kapitana Ameryki, za to w międzyczasie zagrał w “Push”, czyli jednym z tych filmów, które próbują potraktować super moce poważnie i realistycznie. Czy to jest dobry film, czy nie, to trudno stwierdzić.

“AMERICAN HERO”

Najnowszy film na tej liście. Jeszcze nie miałem okazji go obejrzeć, ale patrząc na samą zapowiedź, wydaje mi się, że będzie to taki “całkiem spoko” film.

RECENZJA #5 - Deadpool

Soundtrack do recenzji:
“Deadpool”, podobnie jak “Ant-Man”, miał bardzo dużo przeszkód do pokonania, żeby stać się filmem. “Ant-Man” był w fazie pre-produkcji od 2004 roku, “Deadpool” też czekał 11 lat, żeby powstać. Najpierw pojawił się w “X-Men Origins: Wolverine” jako jedna z największych pokracznych maszkar-porażek w historii kina. Ryan Reynolds nawet się przyznał, że był lekko szantażowany, żeby go wtedy zagrać. “Merc with a mouth” - tak nazywany jest “Deadpool”, a tu nagle zaszyli mu usta. I dodali lasery z oczu. I katany schowane w rękach. Chyba wiadomo, czemu fanom nie spodobała się taka wersja.
Jednak na ratunek przyszedł przeciek! Tak, tak samo jak w przypadku “Ant-Mana”, wyciekła kilkuminutowa scena akcji prezentująca, jak mógłby wyglądać film z tym bohaterem w roli głównej. Wszystkim się spodobało, więc “Deadpool” otrzymał przysłowiowe “zielone światło” i projekt ruszył do przodu. I jak ruszył, to zatrzyma się pewnie dopiero przy niecałym miliardzie dolarów. Chociaż może myślę zbyt optymistycznie, tak jak w przypadku “Gwiezdnych Wojen”…
(Miałem nadzieje, że “Przebudzenie Mocy” zarobi tyle, że pokona “Avatara”).
Ale kontynuując porównywanie, w trakcie pre-produkcji film stracił reżysera, Davida S. Goyera na rzecz Tima Millera, tak samo jak w przypadku “Ant-Mana”, reżysera, który dotychczas nie miał zbyt dużego doświadczenia z filmami akcji. Kolejna wspólna cecha - brak zainteresowania wśród laików.
“Co? Człowiek-mrówka? Haha, nie idę na to do kina” - nieprawdziwy cytat od nieprawdziwej osoby, ale ukazujący myślenie dużej ilości osób.
“No nie wiem, jakoś mam wrażenie, że te efekty w “Deadpoolu” będą kiczowate” - prawdziwy cytat od prawdziwej osoby. A co się okazało? Efekty specjalne w “Deadpoolu” wcale nie odstają od reszty Hollywoodu.
Zbliżamy się już coraz bardziej do premiery, a więc pora na marketing. “Ant-Man” jest malutki, więc zróbmy malutkie billboardy! Świetny pomysł. “Deadpool” będzie w Walentynki, to zróbmy billboardy jak do komedii romantycznej! Jeszcze lepszy pomysł. Do premiery już tylko dwa dni, pojawiają się pierwsze opinie z prapremier dla krytyków i innych osób uprzywilejowanych. “Niespodziewanie dobry!” - tego typu komentarze pojawiały się przy obu filmach. I w końcu pora na premierę. “Deadpool” wskoczył na pierwsze miejsce w 60 z 61 krajów, w których 12 lutego pojawił się na ekranach. I to, co teraz Wam powiem, nie jest żartem. Tym 61. krajem, w którym “Deadpool” zajął tylko drugie miejsce jest nasza kochana ojczyzna.
FLASHBACK!
Zanim film pojawił się w kinach, przeciętny szperacz internetów mógł wiedzieć o prawdziwym Deadpoolu (nie o tej wcześniej wspomnianej maszkarze) z następujących źródeł, wymienionych od najpopularniejszego:
9GAG, na którym często pojawiają się wycinki z komiksów, na których Deadpool albo robi naleśniki albo jest w dziwnej pozycji ze Spider-Manem, ewentualnie przykleja Daredevilowi iPoda na plecy,
gra “Deadpool” z 2013 roku, o której zaraz napiszę,
komiksy.
Tak więc, przeciętny widz spodziewał się kolesia z katanami, tnącego wrogów i rzucającego żartami. Trochę mniej przeciętny widz spodziewał się najemnika z krwi i kości, świadomego, że jest postacią komiksową/z gry/filmową, i, mimo głosów w głowie, wyjątkowo “inteligentnego”. Inteligentny? Nie wiem czy to dobre słowo, ale na pewno abstrakcyjnie myślący na wyrost. Pierwsza misja w grze “Deadpool” z 2013 roku - udaj się do kanałów i rozłóż dmuchany zamek, potem wejdź do wieżowca i wybij setki ochroniarzy, żeby dostać się do swojego celu. Ale jest problem- cel musi być żywy. Więc to uderz go bardzo mocno, krzycząc “shoryuken”, tak głośno, żeby wyleciał przez okno. I jak tak sobie lecisz w dół, siedząc na swoim celu, to co zrobić, żeby upadek go nie zabił? Ty się nie martwisz, bo jesteś nieśmiertelny, ale co z nim? Nie ma problemu, przecież wcześniej rozłożyłeś dmuchany zamek, na który można spaść i przeżyć!
Ktoś, kto czytał komiksy o Deadpoolu, wiedział jeszcze trochę więcej o tej postaci, jednak nawet taka osoba nie była gotowa na to, co zaserwował nam ten film. Gdy sam Rob Liefeld, twórca Deadpoola, który przy okazji pojawia się w filmie, mówi, że to co pokaże film, to najlepsza wersja Deadpoola, jaka kiedykolwiek powstała, to chyba trzeba się przygotować na ostrą jazdę.
Dotarliśmy już do premiery i film został obejrzany, więc trzeba napisać, co w tym filmie było. Akcja, humor, akcja, romans, dramat, humor, akcja, humor, romans, mniej więcej w tej kolejności. Ten film nie jest pierwszym, który jest nieszablonowy, ale jest jednym z niewielu, który łamie szablony, kości i “czwartą ścianę” na każdym kroku, a do tego w świetnym stylu.
W świetny sposób też poradził sobie z niskim budżetem. Co można zrobić, żeby nie wydawać kosmicznych sum na wielkie strzelaniny z gigantyczną ilością broni? Można np. zostawić broń w taksówce.
W tej adaptacji komiksu wszystko wydaje się być idealne. Począwszy od fabuły, poprzez casting aktorów i wszystko inne, nawet łamanie czwartej, a czasami nawet szesnastej ściany, aż do ścieżki dźwiękowej. Wisienką na torcie jest “Deadpool Rap”, który powstał około dwóch lat temu na youtubowym kanale “Teamheadkick”. Pamiętacie jakiś inny przypadek, gdy utwór z internetu trafił do filmu? Ja też nie.
Podczas seansu świetnie się bawiłem, z każdego żartu się śmiałem, ale poczułem też romantyczną i dramatyczną stronę tej produkcji, dlatego zachęcam wszystkich geeków i nie geeków do obejrzenia tego filmu.
W momencie pisania artykułu, “Deadpool” jest uznany za “najlepszy film akcji” i “najlepszy film science-fiction” oraz 56. najlepszy film w ogóle na filmwebie (a teraz spadł już na 164. miejsce), a na imdb - 60. (teraz 203). Film, w który nikt nie wierzył, a który odniósł wielki sukces.
Ta część widowni, która wytrwała do samego końca napisów otrzymała jeszcze jedną rzecz - scenę po napisach, w której Deadpool w szlafroku Ferrisa Buellera (postaci z filmu “Wolny dzień Ferrisa Buellera”, która też łamała czwartą ścianę), zapowiadający sequel filmu. Co więcej, pojawi się Cable - mutant/cyborg, syn Cyclopsa z przyszłości, który cały czas jest podłączony do internetu również z przyszłości. Być może zagra go Keira Knightley.

geekfan.pl

SZYBKA NOTKA #49 - Przerwa i po przerwie

Aktywność na blogu spadła do zera, ponieważ zająłem się innym projektem. Zostałem edytorem naczelnym portalu geekfan.pl, na który wszystkich zapraszam. Mimo, że sprawy się trochę źle potoczyły i dla mnie ta przygoda się już skończyła. Więc wracam do pisania niezależnego, ale najpierw wrzucę tutaj wszystko co w tym czasie napisałem, coś ciekawego może dla każdego się znajdzie. Zapraszam do lektury. A pierwszym świeżym tekstem będzie coś o Rogue One.