czwartek, 21 lipca 2016

Moja relacja z Pyrkonu

Mój pierwszy raz na Pyrkonie.

Tak, to był mój pierwszy raz. Skoro to wyznanie mam już z głowy, to mogę przejść dalej. Ale tylko dzięki temu, że mam akredytację medialną, bo inaczej musiałbym stać w jednej z naprawdę długich kolejek. Według zaufanych źródeł, niektórzy stali w nich nawet do dwóch godzin. Jednak taka sytuacja chyba jest nieuniknioną w przypadku tak wielkiej imprezy, więc nie ma co się temu dziwić. Mogło być gorzej. Przynajmniej była ładna pogoda. Jak na kwiecień to nawet bardzo ładna, było słoneczko, nie padało, więc dało się przeżyć.
Z racji bycia biednym, ale jeszcze nie studentem, skierowałem się do sleeproomu, bo motele to tylko opcja dla bogatych. I tam miał miejsce pierwszy szok. To nie był sleeproom, jaki do tej pory znałem. To była sleephala, a kusząc się o jeszcze bardziej obrazowy opis – betonowa plaża. Wchodząc środkowymi drzwiami, patrząc i w prawo, i w lewo rozciągały się prawie w nieskończoność materace, śpiwory, torby, plecaki, nyan cat, karimaty, tylko parawanów tutaj brakowało do pełnej cebuli. Szczęka zebrana z podłogi, znaleziony kawałek powierzchni dla siebie, plecak zdjęty, co dalej? Jestem przyzwyczajony do konwentów pokroju Dni Fantastyki, gdzie znam zarówno okolicę, jak i sam teren konwentu, wiem co mniej więcej się dzieje, więc nie trzeba niczego na początku ogarniać i rozkminiać. Pyrkon to co innego. Pyrkon to gigantyczny teren Międzynarodowych Targów Poznańskich, to nowe miasto, nowe sale, nowi ludzie, nowe wszystko. Więc po zebraniu drużyny można wyruszyć w podróż i zwiedzać sklepy, stoiska, ogólnie całyfestiwal.
Po drodze do pawilonu 3 minęliśmy strefę gastronomiczną, gdzie przez cały czas ludzie siedzieli i jedli. Nie było żadnych pór obiadowych i śniadaniowych, cały czas, cały dzień, pełno ludzi siedziało i jadło sobie pizzę, burgery, frytki i inne dobre rzeczy.

Pawilon 3, czyli strefa zakupowa. To był kolejny szok. Takie typowe targowisko, ale zamiast cebuli i ziemniaków – na stoiskach było wszystko, czego dusza geeka może zapragnąć: gry, koszulki, poduszki, gadżety, figurki, czapki, kołczany prawilności z “Gwiezdnych Wojen”, inne części garderoby, kubki, słodycze prosto z Japonii, książki, komiksy, magazyny, urocze Funko Popy, aż trudno to wszystko wymienić. Nawet można było wygrać miecz Gandalfa. I wszędzie pełno loterii, więc musiałem kontrolować moją chęć wciągnięcia się w hazard i "stracenia" całego kieszonkowego na przypinki z roznegliżowanymi bohaterkami wszelakich anime. Udało mi się stracić tylko 10 zł i wygrać dwa takie fanty. Przy każdym stoisku działo się coś ciekawego. Był chociażby Deadpool beztrosko przymierzający bluzę Deadpoola jak gdyby nigdy nic. Taki trochę surrealistyczny obrazek.

Pawilon 3A – strefa wystawców i Strefa Fantastycznych Inicjatyw.
Tutaj była arena, gdzie odbywały się m.in. turnieje w juggera i quidditcha, jak i inne ciekawe pokazy. Tuż obok były porozstawiane wioski ze śródziemia, postapokaliptycznej przyszłości, a nawet igloo z super bohaterami w środku. A gdzieś w tym gąszczu stało też nasze stoisko i dziękujemy wszystkim za przyjście i wzięcie udziału w konkursie.
Było też bardzo dużo planszówek, jednak w całym tym zamieszaniu nawet nie znalazłem chwili, żeby usiąść i pograć. A zapewne było w co. Podobnie sytuacja wyglądała z czytelnią komików, bo wiedziałem, że jak tam wejdę, to już nie wyjdę, a było jeszcze dużo innych rzeczy do odkrycia.
Udało mi się wejść tylko na jedną prelekcję o psychologii “Gwiezdnych Wojen”. Była bardzo ciekawie poprowadzona i na interesujący mnie temat. I za to, jak młodzież mówi, "propsy".
Udało mi się też dostać na galę Pyrkonu, zaczynającą się od niesamowitego pokazu laserów, który można by nazwać 3D lepszym od 3D. Niestety był trochę zmarnowanym potencjałem. Ci co byli, to wiedzą jak to wyglądało i może też wpadli na taki pomysł, że tymi laserami można by zrobić intro z “Doktora Who”. To by było po prostu idealne, ale niestety nie było.
Ale najciekawszym elementem całego konwentu był oczywiście cosplay, o którym można by napisać osobny artykuł. Kitowcy, różowy Kylo Ren, pełno zwykłych Kylo Renów, Jedi, Szturmowcy, Power Ranger, Kosmiczni Marines z Warhammera, Deadpoole, Spiderman i wiele innych, rozpoznanych przeze mnie, bądź nie. Taka zasada powstała, że jak nie wiesz z czego jest dana postać, to pewnie z LOLa.
Doszły do mnie takie pogłoski, że było za mało polskich "zagrajmerów", ale w tym temacie się nie wypowiem, bo z polskiego Youtube'a znam tylko tych najpopularniejszych.
Pełno wystaw zdobiło Pyrkon: od zdjęć, przez obrazy i figurki, do pijanych kosmitów i strojów. Muszę też przy okazji wspomnieć, że wśród wszystkich wystawców, cosplayerów, rzeczy na półkach stoisk, jak zawsze przeważały “Gwiezdne Wojny”, o jest kolejnym już, z bardzo, bardzo wielu, potwierdzeniem jakim wielkim fenomenem jest ta seria.
Spodobała mi się też wystawa LEGO, jednak daleko jej było do wielkiej wystawy LEGO, krążącej po Polsce, którą widziałem na Stadionie Wrocław.

Podsumowując cały weekend, było naprawdę udanie i odjazdowo, też dzięki temu, że miałem doborowe towarzystwo. Na pewno zawitam do Poznania za rok. A co mogę napisać o organizacji? Dobra czy kiepska? Raczej zdecydowanie wybieram odpowiedź pozytywną, Pyrkon to w 100% masowa impreza, i w 100% fajna.

Zakończę taką platynową myślą:
Nie zawsze wychodzę z domu, ale gdy to już zrobię, to spotykam polskich celebrytów. Znaczy się, mijam SA Wardęgę i po chwili dopiero się orientuję co się stało i przechodzę przez coś, co Amerykanie zwą "starstruck" albo fangirlowaniem. Podobnie, gdy z daleka zauważyłem Dema3000, rozdającego autografy. Po co podchodzić? Samo popatrzenie z daleka mi wystarczy.


Usłyszałem też zdanie "opuszczasz Pyrkon, ale Pyrkon nie opuszcza ciebie". Tylko czy to jest dobre czy złe?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz