Mój
pierwszy raz na Pyrkonie.
Tak,
to był mój pierwszy raz. Skoro
to wyznanie mam już z głowy, to mogę przejść dalej. Ale tylko
dzięki temu, że mam akredytację medialną, bo inaczej musiałbym
stać w jednej z naprawdę długich kolejek. Według zaufanych
źródeł, niektórzy stali w nich nawet do dwóch godzin. Jednak
taka sytuacja chyba jest nieuniknioną
w przypadku tak wielkiej imprezy, więc nie ma co się temu
dziwić. Mogło być gorzej.
Przynajmniej była ładna pogoda. Jak na kwiecień to nawet bardzo
ładna, było słoneczko, nie padało, więc dało się
przeżyć.
Z
racji bycia biednym, ale jeszcze nie studentem, skierowałem się do
sleeproomu, bo motele to tylko opcja dla bogatych. I tam miał
miejsce pierwszy szok. To nie był sleeproom, jaki do tej pory
znałem. To była sleephala,
a kusząc się o jeszcze bardziej
obrazowy opis – betonowa plaża. Wchodząc środkowymi drzwiami,
patrząc i w prawo, i w lewo rozciągały się prawie w
nieskończoność materace, śpiwory, torby, plecaki, nyan cat,
karimaty, tylko parawanów tutaj brakowało do pełnej cebuli.
Szczęka zebrana z podłogi, znaleziony kawałek powierzchni
dla siebie, plecak zdjęty, co dalej? Jestem przyzwyczajony do
konwentów pokroju Dni Fantastyki, gdzie znam zarówno okolicę, jak
i sam teren konwentu, wiem co mniej więcej się dzieje, więc nie
trzeba niczego na początku ogarniać i rozkminiać. Pyrkon to co
innego. Pyrkon to gigantyczny teren Międzynarodowych Targów
Poznańskich, to nowe
miasto, nowe sale, nowi ludzie, nowe wszystko. Więc po zebraniu
drużyny można wyruszyć w podróż i zwiedzać
sklepy, stoiska, ogólnie całyfestiwal.
Po
drodze do pawilonu 3 minęliśmy strefę gastronomiczną, gdzie przez
cały czas ludzie siedzieli i jedli. Nie było żadnych pór
obiadowych i śniadaniowych, cały czas, cały dzień, pełno ludzi
siedziało i jadło sobie pizzę, burgery, frytki
i inne dobre rzeczy.
Pawilon
3, czyli strefa zakupowa. To był kolejny szok. Takie typowe
targowisko, ale zamiast cebuli i
ziemniaków – na stoiskach było wszystko, czego dusza geeka może
zapragnąć: gry,
koszulki, poduszki, gadżety, figurki, czapki, kołczany prawilności
z “Gwiezdnych Wojen”,
inne części garderoby, kubki, słodycze prosto z Japonii, książki,
komiksy, magazyny, urocze Funko Popy, aż trudno to wszystko
wymienić. Nawet można było wygrać miecz Gandalfa. I
wszędzie pełno loterii, więc musiałem kontrolować moją chęć
wciągnięcia się w hazard i "stracenia" całego
kieszonkowego na przypinki z roznegliżowanymi bohaterkami wszelakich
anime. Udało mi się stracić tylko 10 zł i wygrać dwa
takie fanty. Przy każdym stoisku
działo się coś ciekawego. Był chociażby Deadpool beztrosko
przymierzający bluzę Deadpoola jak gdyby nigdy nic. Taki trochę
surrealistyczny obrazek.
Pawilon
3A – strefa wystawców i Strefa Fantastycznych Inicjatyw.
Tutaj
była arena, gdzie odbywały się m.in. turnieje w juggera i
quidditcha, jak i inne ciekawe pokazy. Tuż
obok były porozstawiane wioski ze śródziemia, postapokaliptycznej
przyszłości, a nawet igloo z super bohaterami w środku. A gdzieś
w tym gąszczu stało też nasze stoisko i dziękujemy wszystkim za
przyjście i wzięcie udziału w konkursie.
Było
też bardzo dużo planszówek, jednak w całym tym zamieszaniu nawet
nie znalazłem chwili, żeby usiąść i pograć. A zapewne było w
co. Podobnie sytuacja
wyglądała z czytelnią
komików, bo wiedziałem, że jak tam wejdę, to już nie wyjdę, a
było jeszcze dużo innych rzeczy do odkrycia.
Udało
mi się wejść tylko na jedną prelekcję o psychologii “Gwiezdnych
Wojen”. Była bardzo
ciekawie poprowadzona i na interesujący mnie
temat. I za to, jak młodzież mówi, "propsy".
Udało
mi się też dostać na galę Pyrkonu, zaczynającą
się od niesamowitego pokazu laserów, który można by
nazwać 3D lepszym od 3D. Niestety
był trochę zmarnowanym potencjałem. Ci co byli, to wiedzą jak to
wyglądało i może też wpadli na taki pomysł, że tymi laserami
można by zrobić intro z “Doktora
Who”. To by było po
prostu idealne, ale niestety nie było.
Ale
najciekawszym elementem całego konwentu był oczywiście cosplay,
o którym można by napisać
osobny artykuł. Kitowcy, różowy Kylo Ren, pełno zwykłych Kylo
Renów, Jedi, Szturmowcy, Power Ranger, Kosmiczni Marines z
Warhammera, Deadpoole, Spiderman i wiele innych, rozpoznanych przeze
mnie, bądź nie. Taka zasada powstała, że jak nie wiesz z czego
jest dana postać, to pewnie z LOLa.
Doszły
do mnie takie pogłoski, że było za mało polskich "zagrajmerów",
ale w tym temacie się nie wypowiem, bo z polskiego Youtube'a
znam tylko tych najpopularniejszych.
Pełno
wystaw zdobiło Pyrkon: od
zdjęć, przez obrazy i figurki, do pijanych kosmitów i strojów.
Muszę też przy okazji wspomnieć,
że wśród wszystkich wystawców, cosplayerów, rzeczy na półkach
stoisk, jak zawsze przeważały “Gwiezdne
Wojny”, o jest kolejnym
już, z bardzo, bardzo wielu, potwierdzeniem jakim wielkim fenomenem
jest ta seria.
Spodobała
mi się też wystawa LEGO, jednak daleko jej było do
wielkiej wystawy
LEGO, krążącej po
Polsce, którą widziałem na Stadionie Wrocław.
Podsumowując
cały weekend, było naprawdę udanie i odjazdowo, też dzięki temu,
że miałem doborowe towarzystwo. Na pewno zawitam do Poznania za
rok. A co mogę napisać o organizacji? Dobra czy kiepska? Raczej
zdecydowanie wybieram odpowiedź pozytywną,
Pyrkon to w 100% masowa impreza, i w 100% fajna.
Zakończę
taką platynową myślą:
Nie
zawsze wychodzę z domu, ale gdy to już zrobię, to spotykam
polskich celebrytów. Znaczy się, mijam SA Wardęgę i po chwili
dopiero się orientuję co się stało i przechodzę przez coś, co
Amerykanie zwą "starstruck" albo fangirlowaniem. Podobnie,
gdy z daleka zauważyłem Dema3000, rozdającego autografy. Po co
podchodzić? Samo popatrzenie z daleka mi wystarczy.
Usłyszałem
też zdanie "opuszczasz Pyrkon,
ale Pyrkon nie opuszcza
ciebie". Tylko czy to jest dobre czy złe?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz