czwartek, 21 lipca 2016

RECENZJA #6 - BvS

Czyżby moda na hejtowanie, krytycyzm i ogólne negatywne nastawienie do wszystkiego zaczęła przemijać? Czyżby krytycy filmowi mieli odejść w zapomnienie? Raczej nie.
Ale być może zwykły, żeby nie obrażać Was „przeciętnością”, widz, w końcu zacznie myśleć sam za siebie? Czy doszliśmy do momentu, w którym oceny tych ludzi, którzy „znają” się na filmach, nie będzie miała wpływu na ocenę Kowalskich i McCluskich, ani na sukces kasowy danego filmu?
Przytoczę najpierw poprzedni kontrowersyjny film o superbohaterach – Fant4stic. Wtedy zaczęło się od tego, że niektórym "krytykom" film się nie spodobał, co spowodowało lawinę słabych ocen i ludzie, którym chociaż trochę się podobało i tak słabo oceniali film w obawie przed wyrażeniem odmiennej opinii. To było niecałe osiem miesięcy temu.
W tej chwili w podobną burzę hejtu wpadł pierwszy w historii kinowy pojedynek dwóch największych superherosów DC Comics: Batman i Superman, Batman v Superman. Od samego początku było głośno, było ciekawie i obiecująco. Wszyscy oczekiwali filmu, który rozłoży na łopatki średnio przyjętego Człowieka ze Stali. Oczekiwaliśmy filmu, który czerpie inspiracje prosto z kart komiksu, należącego do kanonu najlepszych historii. Ten film miał być dla DC Comics tym, czym Avengersi byli dla Marvela. W pierwszej fazie Kinowego Uniwersum Marvela było sześć filmów, ale to sami Avengersi załatwili trzecią część zaróbków i pozwolili całemu uniwersum na wystartowanie.
Tak samo miało być w przypadku BvS”, które miało być szansą dla DC na wystartowanie z kopa własnego Rozszerzonego Uniwersum i w końcu wymarzona przez wszystkich Liga Sprawiedliwości w kinach. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tak będzie. W przeświadczeniu, że czekamy, z wielką niecierpliwością, na epicki pojedynek, dotarła do nas wiadomość, zaledwie tydzień przed amerykańską premierą filmu, że ta produkcja podobno jest słaba. Krytycy z całego świata zaczęli oceniać film tak nicko, że zaledwie 30% z nich uznało film za dobry. I cały świat wpadł w panikę. Co teraz? Nie zostawiło nic innego tylko poczekać na premierę, a po obejrzeniu obrać jedną z dwóch ścieżek. Pierwsza prowadzi do tyłu i jest to ścieżka Fantastycznej Czwórki. Druga oznacza odcięcie się od opinii innych i wyrobienie własnej.

Ale nie ma co narzekać na narzekanie, trzeba coś dobrego o filmie napisać. I możliwie bezspoilerowo.
Muszę przyznać, że kilka razy aż mi szczęka opadła, gdy zobaczyłem co się dzieje na ekranie. Kilka razy byłem mocno zaskoczony rozwijającą się fabułą, kilka razy rozśmieszył mnie albo jakiś tekst Alfreda, albo inna sytuacja. Kilka razy byłem pełen podziwu. A samym zakończeniem naprawdę się wzruszyłem.
Ludzie skarżą się na banalność tytułowego konfliktu, ale trzeba pamiętać, że w tym przypadku Zack Snyder nie miał do dyspozycji całej przeszłości tych postaci, by stworzyć poważny i uzasadniony pojedynek pokroju tego z „Powrotu Mrocznego Ryczerza”. Reżyser musiał w dwie i pół godziny wprowadzić nową, ale starą postać do uniwersum, poznać ją z istniejącym już od 2013 człowiekiem ze stali, postawić ich naprzeciw siebie, a potem jeszcze pojednać, szykując fundamenty Ligi Sprawiedliwości. I dorzucić do tego miksu Wonder Woman. I jakąś fabułę. Moim zdaniem, na tyle na ile się da, zrobił to dobrze i umiejętnie.

Ciężko coś napisać, nie spoilerując przy okazji czegoś ważnego, więc podejdę do tego od strony technicznej. Wszystko zaczęło się chyba od castingu:
Ben Affleck to nowy Batman! Od razu wskoczył na drążek i zaczął się podciągać, tak szybko, że reżyser filmu, do którego wtedy kończył zdjęcia go skarcił, bo za bardzo się rozrósł w barkach. W filmie zobaczyliśmy Bruce'a Wayne'a pod trochę innym kątem niż wcześniej, chociaż można zauważyć kilka wspólnych cech z początkiem nolanowskiego „Mrocznego Rycerza Powstającego”. Jak to się w ogóle odmienia?
Bruce Wayne w średnim wieku, doświadczony i siwy jak w „Powrocie Mrocznego Rycerza”.
Drugi najważniejszy bohater – Człowiek Ze Stali. Najbardziej amerykański bohater grany przez Brytyjczyka. Tutaj chcę tylko napisać, że nie wchodzi się w ubraniach do wanny, głupi kosmito!
Przy okazji, ludzie śmieją się z nierealistyczności kreskówek, jeśli chodzi o posturę Supermana, który wygląda jak trójkąt z dorysowanymi nogami i rękami, ale „Batman v Superman” rozwiewa te opinie, bo Henry Cavill, w jedynej scenie bez koszulki, gdzie widać jego plecy, ma taki sam kształt.
Jeremy Irons – zdobywca Oscara(TM) – bardzo dobrze spisał się jako śmieszkujący momentami Alfred, rozumiejący Bruce'a i wspierający go w jego samobójczych misjach, jednocześnie troszczący się o niego.

Jesse Eisenberg – najbardziej kontrowersyjna postać, połowa go kocha, połowa nienawidzi. Szalony, jeszcze nie łysy, Lex Luthor, diabolicznie śmiejący się podczas knucia niecnych planów. Niektórzy, błędnie, widzą tu podobieństwa do Jokera.

Kostiumy też niczego sobie, zbroja Batmana naprawdę robiła wrażenie, bez dwóch zdań. Wyglądała o wiele lepiej, realniej i praktyczniej od zbroi chociażby Iron Mana, która z każdym kolejnym filmem wygląda na robioną coraz bardziej komputerowo i leniwie.

W nowych blockbusterach nie ma co mówić o efektach specjalnych, Hollywood opanowało je już całkiem dobrze. Można tylko narzekać, a tutaj nie ma na co, nie ma żadnych kiczowatych fragmentów, w których ewidentnie widać słabe efekty.

Hans Zimmer nie chciał się powtarzać, komponując muzykę dla Batmana, więc wziął sobie do pomocy Junkiego XL, czyli Holendra, który ostatnimi czasy pracował nad ścieżką dźwiękową do m.in. Deadpoola i Mad Maxa. Ich współpraca przyniosła niesamowity efekt.

Jedną z najlepszych scen z całego filmu była scena w sądzie. Trudno teraz sobie przypomnieć ile to trwało, bo to mogły być dwie minuty, ale równie dobrze mogły być trzy sekundy. Dla mnie trwala bardzo długo. Cisza. Ani Senator Finch, ani Superman nic nie mówią. Strach, przerażenie, po zobaczeniu słoiczka z brzoskwiniową herbatką, a potem wyraz twarzy Kal-Ela, gdy zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nawet wie co, tylko, niestety, jest na to za późno. Ta rozpacz i smutek. To była naprawdę dobra scena.


Średnia ocen “BvS” moich znajomych na Filmwebie wynosi 6,2 – to oznacza tylko jedno. Pora na nowych znajomych, bo ten film zasługuje na trochę więcej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz