Czyżby
moda na hejtowanie, krytycyzm i ogólne negatywne nastawienie do
wszystkiego zaczęła przemijać? Czyżby krytycy filmowi mieli
odejść w zapomnienie? Raczej nie.
Ale
być może zwykły, żeby nie obrażać Was
„przeciętnością”, widz, w końcu zacznie myśleć sam za
siebie? Czy doszliśmy do momentu, w którym oceny tych ludzi, którzy
„znają” się na filmach, nie będzie miała wpływu na ocenę
Kowalskich i McCluskich, ani na sukces kasowy danego filmu?
Przytoczę
najpierw poprzedni kontrowersyjny film o superbohaterach –
“Fant4stic”.
Wtedy zaczęło się od tego, że niektórym "krytykom"
film się nie spodobał, co spowodowało lawinę słabych ocen i
ludzie, którym chociaż trochę się podobało i tak słabo oceniali
film w obawie
przed wyrażeniem odmiennej opinii. To było niecałe osiem miesięcy
temu.
W
tej chwili w podobną burzę hejtu wpadł pierwszy w historii kinowy
pojedynek dwóch największych superherosów DC Comics:
Batman i Superman,
“Batman
v Superman”.
Od samego początku było głośno, było ciekawie i
obiecująco.
Wszyscy oczekiwali filmu, który rozłoży
na łopatki średnio przyjętego “Człowieka
ze Stali”.
Oczekiwaliśmy filmu, który czerpie inspiracje prosto z kart
komiksu, należącego do kanonu najlepszych historii. Ten film miał
być dla DC Comics tym, czym Avengersi byli dla Marvela. W pierwszej
fazie Kinowego Uniwersum Marvela było sześć filmów, ale to sami
Avengersi załatwili trzecią część zaróbków
i
pozwolili całemu uniwersum na wystartowanie.
Tak
samo miało być w przypadku “BvS”,
które miało być
szansą
dla DC na wystartowanie z kopa własnego Rozszerzonego Uniwersum i w
końcu wymarzona przez wszystkich “Liga
Sprawiedliwości”
w kinach. Wszystkie
znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tak będzie. W
przeświadczeniu, że czekamy,
z wielką niecierpliwością, na epicki pojedynek, dotarła do nas
wiadomość, zaledwie tydzień przed amerykańską premierą filmu,
że ta produkcja podobno
jest słaba.
Krytycy z całego świata zaczęli oceniać film tak nicko,
że zaledwie 30% z nich uznało film za dobry. I cały świat wpadł
w panikę. Co teraz? Nie
zostawiło nic innego tylko
poczekać na premierę, a
po obejrzeniu obrać jedną z dwóch ścieżek. Pierwsza prowadzi do
tyłu i jest to ścieżka “Fantastycznej
Czwórki”.
Druga oznacza odcięcie się od opinii innych i wyrobienie własnej.
Ale
nie ma co narzekać na narzekanie, trzeba coś dobrego o filmie
napisać. I możliwie bezspoilerowo.
Muszę
przyznać, że kilka razy aż mi szczęka opadła, gdy zobaczyłem co
się dzieje na ekranie. Kilka razy byłem mocno zaskoczony
rozwijającą się fabułą, kilka razy rozśmieszył mnie albo jakiś
tekst Alfreda, albo inna sytuacja. Kilka razy byłem pełen podziwu.
A samym zakończeniem naprawdę
się wzruszyłem.
Ludzie
skarżą się
na banalność tytułowego konfliktu, ale trzeba pamiętać, że w
tym przypadku Zack Snyder nie miał do dyspozycji całej przeszłości
tych postaci, by stworzyć poważny i uzasadniony pojedynek pokroju
tego z „Powrotu Mrocznego Ryczerza”. Reżyser musiał w dwie i
pół godziny wprowadzić nową, ale starą postać do uniwersum,
poznać ją z istniejącym już od 2013 człowiekiem ze stali,
postawić ich naprzeciw siebie, a potem jeszcze pojednać, szykując
fundamenty Ligi Sprawiedliwości. I dorzucić do tego miksu Wonder
Woman. I jakąś
fabułę. Moim
zdaniem, na tyle na ile się da, zrobił to dobrze i umiejętnie.
Ciężko
coś napisać, nie spoilerując przy okazji czegoś ważnego,
więc
podejdę do tego od strony technicznej. Wszystko zaczęło się chyba
od castingu:
Ben
Affleck to nowy Batman! Od razu wskoczył na drążek i zaczął się
podciągać, tak szybko, że reżyser filmu, do którego wtedy
kończył zdjęcia go skarcił, bo za bardzo się rozrósł w
barkach. W filmie zobaczyliśmy Bruce'a Wayne'a pod trochę innym
kątem niż wcześniej, chociaż można zauważyć kilka wspólnych
cech
z początkiem nolanowskiego „Mrocznego Rycerza Powstającego”.
Jak to się w ogóle odmienia?
Bruce
Wayne w średnim wieku, doświadczony i siwy jak w „Powrocie
Mrocznego Rycerza”.
Drugi
najważniejszy bohater – Człowiek Ze Stali. Najbardziej
amerykański
bohater grany przez Brytyjczyka.
Tutaj chcę tylko napisać, że nie wchodzi się w ubraniach do
wanny, głupi kosmito!
Przy
okazji, ludzie śmieją się z nierealistyczności kreskówek,
jeśli chodzi o posturę
Supermana,
który wygląda jak trójkąt
z dorysowanymi nogami i rękami, ale „Batman v Superman” rozwiewa
te opinie, bo Henry Cavill, w jedynej scenie bez koszulki, gdzie
widać jego plecy, ma taki sam kształt.
Jeremy
Irons – zdobywca Oscara(TM) – bardzo dobrze spisał się jako
śmieszkujący momentami Alfred, rozumiejący Bruce'a i wspierający
go w jego samobójczych misjach, jednocześnie
troszczący się o niego.
Jesse
Eisenberg – najbardziej kontrowersyjna postać, połowa go kocha,
połowa nienawidzi. Szalony, jeszcze nie łysy, Lex Luthor,
diabolicznie śmiejący się podczas knucia niecnych planów.
Niektórzy,
błędnie, widzą tu podobieństwa do
Jokera.
Kostiumy
też niczego sobie, zbroja Batmana naprawdę robiła wrażenie, bez
dwóch zdań. Wyglądała o wiele lepiej, realniej i praktyczniej od
zbroi chociażby Iron Mana, która z każdym kolejnym filmem wygląda
na robioną coraz bardziej komputerowo i leniwie.
W
nowych blockbusterach nie ma co mówić o efektach specjalnych,
Hollywood opanowało je już całkiem dobrze. Można tylko narzekać,
a tutaj nie ma na co, nie ma żadnych kiczowatych fragmentów, w
których ewidentnie widać słabe efekty.
Hans
Zimmer nie chciał się powtarzać, komponując muzykę dla
“Batmana”,
więc wziął sobie do pomocy Junkiego XL, czyli Holendra, który
ostatnimi czasy pracował nad ścieżką dźwiękową do m.in.
“Deadpoola”
i “Mad
Maxa”.
Ich
współpraca przyniosła niesamowity efekt.
Jedną
z najlepszych scen z całego filmu była scena w sądzie. Trudno
teraz sobie przypomnieć ile to trwało, bo to mogły być dwie
minuty, ale równie dobrze mogły być trzy sekundy. Dla mnie trwala
bardzo długo. Cisza. Ani Senator Finch, ani Superman nic nie mówią.
Strach, przerażenie, po zobaczeniu słoiczka z brzoskwiniową
herbatką, a
potem wyraz twarzy Kal-Ela, gdy zdaje sobie sprawę, że coś jest
nie tak. Nawet
wie co, tylko, niestety, jest na to za późno. Ta rozpacz i smutek.
To była naprawdę dobra scena.
Średnia
ocen “BvS” moich znajomych na Filmwebie wynosi 6,2 – to oznacza
tylko jedno. Pora na nowych znajomych, bo ten film zasługuje na
trochę więcej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz